czwartek, 4 grudnia 2014

< 04.12.2014r. godz. 11:00 >

Wyobrażacie sobie co czuje Matka, która straciła swoje dziecko? Wyobrażacie sobie zawsze, że jest to tragedia, że jest to coś niewyobrażalnego, ale to nie jest do końca tak.
Straciłam Wojtusia, bo urodził się za wcześnie, nie poroniłam, ponieważ trafiłam do specjalistycznego szpitala, gdybym znalazła się w zwykłym szpitalu, Wojtuś nie był by reanimowany, zmarł by po porodzie i uznany by był jako dziecko z poronienia. 

Jednak żył, całe 23 dni. Przez ten czas widzieliśmy różne etapy Jego rozwoju i stanu. 
Wiedziałam, że może umrzeć w każdej chwili, ale musiałam wierzyć, że będzie żył, bo przecież jestem Jego Mamą, kto jak kto, ale ja musiałam...nie wierzyłam jednak...nie wierzyłam przez 15 dni Jego życia, któregoś razu jak zobaczyłam potworny spadek wagi, wychudzone ciałko z tragicznym wyglądem skóry, zaczęłam się z Nim żegnać i wtedy nastąpiła wizualna poprawa, Wojtuś zaczął przybierać na wadze, wyglądać dobrze....8 dni przed śmiercią uwierzyłam, że będzie żył i 6 listopada ujrzałam na oddziale pusty inkubator. Nikt nie zdążył nas powstrzymać, żebyśmy nie weszli na oddział, nikt nie zadzwonił, bo byliśmy umówieni. Jak w filmie, weszłam na oddział, a tam stał pusty inkubator, zobaczyłam z daleka i od razu wiedziałam, pomimo kilku inkubatorów, że Jego tam nie ma, że to właśnie Wojtusia nie ma... 
W drodze do Wałbrzycha przeleciały nam przed autem 3 czarne koty, śmiałam się, bo przecież gdyby coś się stało, to by zadzwonili..., ale nie zadzwonili, wiedzieli, że przyjedziemy, nie chcieli nas martwić. 
Co wtedy czułam? Potworny strach nie wiadomo przed czym, straciłam władzę w nogach, płakałam, ale nie tak, jak sobie to wyobrażałam. To chyba nie docierało do mnie bardzo długo. W dniu pogrzebu czułam ogromny spokój, Wojtuś spał, zawinięty w ciepłe ciuszki, rożek jak do chrztu, "tuląc" przytulankę i było Mu dobrze. Skapnęło kilka łez, kiedy Go zobaczyłam i poczułam ogromny spokój...długo tak trwałam w tym spokoju, aż nadeszła tęsknota, ból, tęsknota za tym, co mogło się wydarzyć a się nie wydarzy... i tak trwam do dziś ...
< 04.12.2014r. godz. 17:00 >

Złapałam doła...życiowego..., jakoś trzeba będzie sobie z tym poradzić, no nie ? W życiu najważniejsze jest zdrowie, nic więcej nie powinno nas przytłaczać. Moje podupadło, ale inni mają gorzej, więc tym się nie martwię. Mam tylko zwyczajnie dość ! Co się jeszcze do nas przyplącze ? Niech ten rok się już kończy...może następny będzie lepszy ? Dobrze, że dzieci są zdrowe, limit chorych dzieci na całe życie został wyczerpany. Bozia może będzie już łaskawa dla nas...

A tak poza tym tęsknię, zbliża się miesiąc od śmierci Wojtusia. Zmarł o 7:45, pewnie w tą mini rocznicę dzieci akurat odkryją, że Mikołaj był w nocy, a ja będę myślami daleko w niebie.

Wojtuś też dostanie prezent...pomyślałam i o Nim, skromne prezenty nagrobkowe, zamiast zabawek i radości.... czy to ma jakiś sens?

Zastanawiam się na ile jestem w stanie poukładać sobie to życie na nowo, bo tak, jak było kiedyś nigdy nie będzie. Zawsze już będzie inaczej, będą inne priorytety, inni ludzie wokół nas, bo część nie rozumie, odsunęła się...  Jedni myślą, że nie będą nam przeszkadzać, a szkoda, bo samotność jest najgorsza, drudzy nie rozumieją, patrzą na mnie i oczekują chyba, że się ukrzyżuję, będę chodziła z opuchniętymi oczami, ubrana na czarno, trzeci mówią "ważne, że się uśmiechasz" :) . Uśmiecham się, bo cóż mi pozostało ? Jeszcze inni nie rozumieją mojego postępowania, tego, co się wydarzyło i co się jeszcze wydarzy, bo to jeszcze nie koniec .... i życie pokaże kto będzie trwał przy mnie/nas a kto sobie pójdzie, bo Przyjaciel akceptuje Cię taką, jaka jesteś - inaczej być nie może...


wtorek, 2 grudnia 2014

Czy można czuć obecność zmarłego dziecka? Dziecka, które znałam zaledwie 23 dni ? Czy to wyobraźnia płata mi figle czy tam, w niebie dzieją się faktycznie rzeczy niepojęte ? A może tęsknię za czymś, co miało się wydarzyć, bo przecież obserwuję swoje dzieci, szczególnie Mateuszka i wyobrażam sobie, że Wojtuś był by prawie taki sam, bo jak inaczej mógłby wyglądać mój Synek ? Szliśmy ostatnio alejką cmentarną z Mateuszkiem i mówcie co chcecie, z jednej strony podskakiwał Mateuszek, trzymając mnie za prawą rękę, a z drugiej podskakiwał Wojtuś, czułam jak bryka obok mnie :) Któregoś razu wieczorem, kiedy dzieci już spały, przysiadłam przed tv i poczułam, że na rękach usypia mi Wojtuś, nikt inny.... On jest i będzie, w moim sercu, duszy, myślach. Mam Troje dzieci, nie dwoje i czuję Jego obecność i niech tak zostanie <3